Chodził do Eton – jedną z najbardziej elitarnych szkół w Wielkiej Brytanii. Mógł prowadzić komfortowe życie. Zamiast tego świadomie zdecydował się zostać bezdomnym – spał w tanich hotelach, żebrał na ulicy, zmywał naczynia w brudnych piwnicach – tylko po to, by zrozumieć, co naprawdę oznacza bieda.
Następnie spędził resztę swojego życia, zapisując prawdę o władzy, ucisku i kłamstwach, które społeczeństwa opowiadają sobie nawzajem. To kosztowało go życie w wieku 46 lat. Był spłukany. Kaszlał krwią. Pisał w lodowatym domku wiejskim. Ale nigdy nie przestał mówić prawdy.
Pisaliśmy rok 1920. Eric Arthur Blair – tak brzmiało imię i nazwisko George’a Orwella – miał wszystkie atuty po swojej stronie. Urodził się w 1903 roku jako syn brytyjskiej rodziny kolonialnej w Indiach, uczęszczał do szkoły w Eton razem z synami arystokratów i opanował język imperium i przywilejów.
Mógłby zostać uczonym gentlemanem. Komfortowym akademikiem. Grzecznym pisarzem piszącym eseje do czasopism literackich. Zamiast tego w 1928 roku zrezygnował po pięciu latach pracy jako imperialny policjant w Birmie. Porzucił karierę z emeryturą. I postanowił zrobić coś radykalnego: zrozumieć biedę od wewnątrz.
Nie studiować. Nie obserwować z bezpiecznej odległości. Żyć.
Najpierw pojechał do Paryża. Nie do kawiarni, w których pił Hemingway, ale do slumsów 5. dzielnicy. Świadomie wydał wszystkie swoje pieniądze. Zastawił swoje ubrania. Przyjął najgorsze prace, jakie można było znaleźć – zmywanie naczyń w hotelowych piwnicach, gdzie gorąc był duszący, a praca niekończąca się.
Pracował dwanaście godzin non-stop, szorując tłuste talerze za parę centów, otoczony mężczyznami, którzy już nigdy nie dostaną drugiej szansy w życiu. Spał w tanich hotelach, gdzie pluskwy były pewne, a godność luksusem, na który nikt nie mógł sobie pozwolić.
Kiedy Paryż przestał go fascynować, przeniósł się do Londynu i poszedł jeszcze dalej. Ubierał się w łachmany i stał się włóczęgą – tak w Wielkiej Brytanii nazywano bezdomnych. Spał w przytułkach i „spikach” (schroniskach nocnych), gdzie mężczyzn traktowano jak przestępców tylko dlatego, że byli ubodzy. Żebrał na ulicy.
Mężczyzna wykształcony w Eton, żebrzący o monety.
„Często mówiłeś o tym, żeby pójść na dno”, napisał później. „I – no cóż, oto są psy.”
To nie był turystyka badawcza. Orwell przez prawie dwa lata pozostawał w biedzie. Doświadczył głodu, który przyprawia o zawroty głowy, zimna, które nie pozwala zasnąć, upokorzenia bycia niewidzialnym dla ludzi, którzy nazwaliby go „sir”, gdyby znali jego pochodzenie.
W 1933 roku opublikował „Na dnie Paryża i Londynu” – po raz pierwszy pod pseudonimem George Orwell. Książka była bezwzględną, bezsentimentalną kroniką biedy, której zamożne warstwy Wielkiej Brytanii nie chciały czytać.
To nie była pornografia charytatywna ani sentymentalna historia o biedzie. To była prawda: że bieda odbiera godność, że pracujący ubodzy pracują ciężej niż bogaci, że brytyjski system klasowy oparty był na hipokryzji i podtrzymywany kłamstwami.
Książka nie uczyniła go sławnym. Nie uczyniła go bogatym. Ale ugruntowała to, czym miał stać się Orwell: pisarzem, który odmawiał zamykania oczu na niewygodne prawdy.
Zaangażowanie to nasiliło się, gdy w 1936 roku pojechał do Hiszpanii, aby walczyć przeciwko faszystom Franco w hiszpańskiej wojnie domowej. Został postrzelony w szyję – rana, która na zawsze uszkodziła jego głos. Ale fizyczna rana nie była najgłębszą.
To, co wewnętrznie zniszczyło Orwella, to oglądanie, jak jego własna strona – lewicowe siły republikańskie – zwalczały się nawzajem. Wspierani przez Sowietów komuniści likwidowali wszystkich, którzy nie podążali za linią Moskwy. Jednostka Orwella, należąca do grupy antystalinowskiej, była ścigana przez swoich rzekomych sojuszników.
Cudem udało mu się uciec z Hiszpanii z życiem i przekroczyć francuską granicę, gdy radzieccy agenci próbowali go aresztować jako „faszystowskiego szpiega”. Hiszpańska wojna domowa nauczyła Orwella czegoś, co miało kształtować jego dalszą twórczość: lewica może być tak samo totalitarna jak prawica.
To spostrzeżenie uczyniło go niebezpiecznym dla obu stron.
W 1945 roku Orwell opublikował „Folwark zwierzęcy” – satyryczną alegorię rosyjskiej rewolucji, w której świnie przejmują farmę i nie różnią się już od ludzkich ciemiężycieli, których zastąpiły.
„Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre zwierzęta są równiejsze od innych.”
To był miażdżący atak na radziecki komunizm. Ale wydawcy bali się wydrukować książkę. Wielka Brytania i ZSRR były sojusznikami przeciwko nazistowskim Niemcom. Krytyka Stalina była politycznie niebezpieczna.
Gdy „Folwark zwierzęcy” w końcu znalazł wydawcę, stał się sensacją. Uczynił Orwella również celem. Brytyjski rząd postawił go pod obserwacją – MI5 założył akt o nim i monitorował jego działania i związki. Radzieccy sympatycy nazywali go zdrajcą lewicy. Amerykańscy konserwatyści próbowali go zaanektować jako jednego ze swoich.
Orwell odrzucił wszystkich. Nie był ani przeciwko lewicy, ani przeciwko prawicy. Był przeciwko totalitaryzmowi, przeciwko hipokryzji, przeciwko kłamstwom – niezależnie od tego, z której strony pochodziły.
„W czasach powszechnej dezinformacji”, napisał, „wypowiadanie prawdy jest aktem rewolucyjnym.”
W 1947 roku Orwell umierał. Gruźlica – choroba, która dręczyła go od czasów jego biedy – zniszczyła jego płuca. Lekarze doradzili mu, aby odpoczął, szukał ciepła i przestał pracować. Zamiast tego przeniósł się do odosobnionego domku na szkockiej wyspie Jura. Lodowate temperatury. Brak prądu. Brak bieżącej wody. Milę daleko od opieki medycznej.
I zaczął pisać „1984”.
Pisał mimo gorączki. Mimo nocnych potów. Mimo ataków kaszlu, które zostawiały krew na stronach. Jego palce były zbyt słabe, by odpowiednio naciskać klawisze, więc musiał pisać mocniej, co szybciej go męczyło. Przyjaciele błagali go, by przestał. Jego zdrowie legło w gruzach. Książka go zabiła.
Orwell pisał dalej.
Bo „1984” nie było tylko powieścią. To był ostrzeżenie. O tym, jak język może być używany jako broń („Wojna to pokój, wolność to niewola”). O tym, jak prawda może być wymazana („Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość”). O tym, jak władza utrzymuje się nie tylko poprzez przemoc, ale także poprzez sprawienie, że ludzie wierzą, iż ich ucisk to wolność.
Pisał o totalitaryzmie, tak – o radzieckim komunizmie, faszyzmie nazistowskim. Ale także o łagodniejszych formach tyranii: inwigilacji, konformizmie, powolnym podkopywaniu wolności przez wygodę i rozproszenia.
„Jeśli chcesz sobie wyobrazić przyszłość”, napisał w „1984”, „wyobraź sobie but, który na zawsze deptakuje na ludzką twarz.”
Książka została opublikowana w czerwcu 1949 roku. Natychmiast uznano ją za arcydzieło – i za przepowiednię. Czytelnicy z 1949 roku widzieli Stalina i Hitlera. Czytelnicy dzisiaj widzą kapitalizm inwigilacyjny, manipulację przez media społecznościowe, autorytarne rządy wszędzie.
Bo Orwell nie opisał tylko swojego czasu. Opisał, jak działa władza, kropka.
Sześć miesięcy po publikacji, 21 stycznia 1950 roku, George Orwell zmarł. Miał 46 lat.
Umierał bez grosza. Leczenie grużlicy pochłonęło jego niskie dochody. Zmarł samotnie – tuż przedtem ożenił się ponownie, ale jego żona była w Londynie, podczas gdy on leżał w szpitalu.
Zmarł wyczerpany – po tym, jak zmusił swoje osłabione ciało do napisania ostatniego ostrzeżenia dla świata.
Ale zmarł, mówiąc prawdę.
To odróżnia Orwella od tak wielu innych pisarzy, którzy twierdzą, że mówią prawdę władzy. On faktycznie zapłacił za to cenę. Świadomie zrezygnował z komfortu – nie tylko raz, ale wielokrotnie. Eksperyment biedy. Hiszpańska wojna domowa. Lodowaty domek, w którym pisał na śmierć.
Był monitorowany przez własny rząd. Atakowany przez lewicę za krytykę Stalina. Atakowany przez prawicę za pozostawanie socjalistą. Nie miał bezpiecznego politycznego domu.
I umarł w biedzie – nie dlatego, że był nieudany, ale dlatego, że poświęcił swoje zdrowie i pieniądze, aby podążać za prawdą, zamiast budować komfortowe życie.
Dziś „orwellowski” to synonim totalitarnego ucisku. „Wielki Brat” to nasz termin na inwigilację. „Podwójne myślenie” wyjaśnia sprzeczności polityczne. „Policja myśli” odnosi się do impulsu, by kontrolować, co ludzie mogą mówić lub myśleć.
Orwell dał nam słownictwo do opisania, jak umiera wolność.
Ale jego prawdziwe dziedzictwo nie sprowadza się tylko do słów.
Był człowiekiem, który mógł prowadzić komfortowe życie – wykształcenie w Eton, kolonialne powiązania, możliwości wszędzie – ale zamiast tego zdecydował się spać w tanich hotelach, zmywać naczynia i pisać w lodowatych pomieszczeniach, podczas gdy umierał.
– Bo komfort był wrogiem prawdy.
– Bo zrozumienie wymagało cierpienia z tymi, którzy cierpieli.
– Bo jeśli chcesz pisać szczerze o władzy, nie możesz dać się nią uwieść. Orwell pisał:
„To, co naprawdę przerażające w totalitaryzmie, to nie to, że popełnia on okropności, ale że atakuje pojęcie obiektywnej prawdy; rości sobie prawo do kontrolowania zarówno przeszłości, jak i przyszłości.”
Spędził swoje życie, broniąc tego konceptu – obiektywnej prawdy – przed wszystkimi, którzy chcieli go zniekształcić: komunistami, faszystami, imperialistami, własnym rządem.
I to go zabiło. Bieda go osłabiła. Kula w Hiszpanii go zraniła. Ostatnia próba dokończenia „1984” go zrujnowała.
Ale udało mu się. Odsłonił prawdę.
George Orwell: 25 czerwca 1903 – 21 stycznia 1950.
Urodził się jako Eric Blair. Umarł jako George Orwell. Czterdzieści sześć lat.
Bez grosza. Sam. Kaszląc krwią.
Ale nienaruszony.
Bo osiągnął to, co zamierzał: mówić prawdę o władzy, biedzie i kłamstwach, które sobie opowiadamy.
„Prawdziwa odwaga”, wierzył, „to nie bunt dla chwały. To cierpienie za uczciwość w świecie, który nagradza milczenie.”
Cierpiał. Pozostał uczciwy.
A pięćdziesiąt pięć lat po jego śmierci nadal czytamy jego ostrzeżenia.
Nadal używamy jego języka, aby opisać ucisk.
Nadal uczymy się, że wygoda jest wrogiem prawdy.
Poszedł do Etonu. Zdecydował się na rynsztok.
Mógł prowadzić wygodne życie. Zmarł pisząc w lodowatym domku.
Mógł, mógł przestać. Pisał dalej, aż jego płuca zawiodły.
George Orwell nie umarł bogaty.
Ale umarł słusznie.
A to jest – w świecie, który nagradza milczenie – najbardziej niebezpieczna rzecz, jaką można zrobić.
***
Z powodu treści książka usunięta z obiegu przez lewicową cenzurę w Niemczech!
UPADEK EUROPY !
Autor zajmuje się islamem od prawie 30 lat. Ta książka, wydana wreszcie po raz pierwszy w Polsce, pokazuje islam w całej jego nieupiękrzonej rzeczywistości jako egzystencjalne zagrożenie dla wolności i demokracji na świecie. Jeden z czytelników napisał: „Jan Sobiesky – Austriak polskiego pochodzenia, pokazuje nam w swojej nowej książce, jakie niebezpieczeństwo na nas czyha: ´niebezpieczeństwo bycia podbitym przez wyznawców faszystowskiej ideologii o podłożu religijnym, która gardzi ludzką godnością – ISLAM – (a nie ´islamizm´)!´.”Do zamówienia bezpośrednio w wydawnictwie: capitalbook.com.pl/pl/p/Upadek-Europy-Marian-Pilarski/5494
W języku niemieckim ukazała się nowa książka.

Nowa publikacja:
Maria Pilar rozlicza się z „zieloną zarazą”
Do zamówienia bezpośrednio ze strony:
https://www.buchdienst-hohenrain.de/
https://www.buchdienst-hohenrain.de/product_info.php?products_id=1887
NASZA MITTELEUROPA jest publikowana bez irytujących i zautomatyzowanych reklam wewnątrz artykułów, które czasami utrudniają czytanie. Jeśli to doceniasz, będziemy wdzięczni za wsparcie naszego projektu. Szczegóły dotyczące darowizn (PayPal lub przelew bankowy) tutaj (Details zu Spenden (PayPal oder Banküberweisung) hier.).






